Jedenaste. Nie dotykaj - Laura Priestess

Uczucia i ich urażanie

Mamy XXI wiek. Ludzie myślą o sobie, że są bardzo mądrzy, bo odkryli nowoczesną broń i smartfony.  Ja jednak skłaniam się ku opinii księdza profesora Michała Hellera, którą usłyszałam kiedyś na jego wykładzie o kosmologii. Na pytanie, czy wierzy w życie rozumne na innych planetach, ksiądz Heller odpowiedział, iż obserwując historię, często wątpi, by takie życie istniało nawet na naszej planecie.

 

To żart, lecz w każdym żarcie jest ziarnko prawdy. Ziarnko zaś, jeśli zostanie posiane, wypuszcza małe początkowo korzonki. Jeśli trafi na podatny grunt, rozwija się bardzo szybko. Jego pęd pnie się ku górze. Wypuszcza listki, rozplenia się, rozrasta, zakwita a później daje owoce. Z czasem wiatr rozpyla wiele nowych, lecz podobnych do pierwszego nasionek.

Dlatego nasionka, choćby malutkie mają wielką moc, to od nich zależy, jakie owoce zbierzemy. My i nasi współbliźni. Mamy więc XXI wiek i wielu ludzi wyśmiewa się z osób wierzących, i z “uczuć religijnych”.

Z moimi uczuciami zupełnie nikt się nie liczył. Świat zdecydował, że pobudzający seksualnie dotyk to świetna kara dla dzieci. Że jeśli któreś tak go odbiera, to ono jest winne. Nawet jako młoda dziewczyna, to ja zostałam obarczona winą. Moje uczucia przez całe lata były obrażane. To, co dla mnie było gwałtem, było przy mnie pochwalane. Musiałam o tym stale słuchać całe lata.

 

Mogłabym pałając żądzą zemsty wyśmiewać wiarę, pisać, iż moralnym obowiązkiem każdego moralnego człowieka jest apostazja. Kościół zranił mnie, więc ja również mogłabym ranić. Grać z innymi w odbijanie piłeczki. Oko za oko, ząb za ząb. Nie chcę.

 

Nie chcę, bo wiem, że inni ludzie też maja uczucia. Ci, którzy są katolikami, którzy również, tak jak ja czują się zranieni. Bo na tym świecie każdy ma jakąś historię, każdy ma swoje zranienia. Jest też coś więcej, planowałam o tym napisać od dawna.

Niedawno wróciłam ze szpitala, z oddziału chirurgii z onkologią. Wcześniej bywałam też w szpitalach u osób starszych i w domach opieki. Tam każdy nad łóżkiem miał święty obrazek. Co innego zostało do roboty tym staruszkom, niż się modlić? Na nic innego nie mają siły, nic innego nie ma dla nich sensu.

W szpitalu na mojej sali wszyscy się modlili. A parę osób się przewinęło. Ja oczywiście też się modliłam. Wszyscy przyjmowali Komunię – oprócz mnie. Mnie Kościół zdradził, więc odeszłam. Wiara w Boga to inna sprawa. Jednak nikt nie patrzył na mnie krzywo, ja na nikogo. Z koleżankami  z sali pomagałyśmy sobie we wszystkim.

 

Nikt nie ranił niczyich uczuć. Nie specjalnie. A jeśli ktoś zranił kogoś przez przypadek, nikt nie odbijał piłeczki, “oko za oko” nie obowiązywało.

 

Nie powinno się nigdy wyśmiewać z niczyjej wiary, bo dla wielu jest ona jedynym kołem trzymającym ich przy życiu. Rozumiem co czują osoby religijne, gdy ze wszystkich stron słyszą, że Kościół to zło. Rozumiem, co czują wierzący geje, gdy słyszą, że ich miłość to grzech. Co czują ofiary pedofili, gdy są wyśmiewane i pogardzane. Dobrzy księża, gdy czytają, że każdy ksiądz to pedofil. Co – weganie, gdy w szpitalu podają im mięso. Gdy czytają o metodach uboju  czujących istot. Co czują ci, którzy mają podstawowe wykształcenie, gdy ktoś się przy nich przechwala habilitacją. Co czują ubogie dzieci, gdy koledzy przynoszą kolejnego smartfona.

Zastanawiałam się, co pomyślałyby moje szpitalne koleżanki, gdyby wiedziały o mojej książce. Może by mnie wyśmiały, powiedziały, że jestem zboczona, że jestem złym człowiekiem. Jednak tam, to nie miało znaczenia. Po prostu życzyłyśmy sobie dobrze, rozsiewałyśmy dobre ziarna.

 

Tuż przed narkozą – chyba każdy tak ma – pomyślałam, “a co jeśli się nie obudzę?” Nie chcę tu pisać o kim, i co  myślałam, bo chcę zachować trochę prywatności.

 

O pewnych myślach mogę jednak napisać. Otóż zadźwięczały mi w uszach słowa hejterki, która “uważa się za bardzo empatyczną osobę, lecz mi nie współczuje”. Według której moja książka jest egoistyczną zemstą na oprawcy. (Otóż oprawca o książce nie ma pojęcia.)  Rozbrzmiały jej pogarda, sarkazm, ironia wobec mojego cierpienia.

Wróciła retrospekcja. Poczułam tamten niewysłowiony ból trzynastoletniej, dojrzałej dziewczyny, którą mężczyzna trafiał dłonią prosto w pochwę. Rytmicznie i bez końca. Poczułam tamtą samotność, rozpacz z braku zrozumienia  przez nikogo, że ten dotyk był dotykiem. Że sprawca celowo mnie krzywdził, doskonale wiedział, że dotyka i obraża młodą kobietę. Pomyślałam, że czułam się gwałcona i tamtych uczuć nikt nie zmieni. I, że nie mogę powiedzieć, że nic się nie stało. Ale pomyślałam też, że nie czuje nienawiści, nie życzę oprawcy niczego złego. Nie chce tylko mieć z nim nic wspólnego. Ale, że moje serce jest czyste. Że zrobiłam w swoim życiu trochę dobrego.

Obudziły mnie słowa “Pani Lauro, już po operacji”. Zdziwiłam się, że to tak szybko. Pamiętam, że jeszcze wciąż oszołomiona narkozą majaczyłam coś o butelkach 😛 Miałam na myśli tą z poprzedniego posta 😀

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *