Eleven. Don't touch - Laura Priestess

Strach przed pływaniem. Recenzja książki “Ocean uczuć” Marioli Sternahl

Byłam absolutnie przekonana, że nigdy nie nauczę się pływać. Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Będąc pierwszy raz nad morzem, w wieku lat 14, zanurzałam się  na głębokość kolan, podczas gdy w swoich marzeniach byłam piękną, zwinną syreną, pląsającą z gracją w morskich głębinach. Wypływającą na powierzchnię do swojego księcia.

Książę miał na imię Michael – wyjątkowo imię niezmienione(!) – i swoją obecnością w wymarzonym, nieistniejącym świecie pozwalał mi przetrwać. Bo w świecie rzeczywistym nie było ani żadnego księcia, ani przyjaźni.

Była dziewczyna, która poruszała się jak kłoda drewna – lub może jak “trup” – co usłyszała w szkole od dobrej koleżanki. Zero gracji, zero wdzięku, wiara w siebie na poziomie minus nieskończoność. W sercu głęboka, krwawiąca dziura na wylot, a między nogami wciąż nawracające, rozdzierające ssanie wyzwalane nieustannymi flashbackami z doznanej niedawno seksualnej napaści.

Kłody drewna nie potrafią pływać. Mogą się co najwyżej przez jakiś czas unosić na powierzchni. Poudawać,że żyją.

 

Dwa miesiące temu otrzymałam  książkę “Ocean uczuć” – piękny prezent, z dedykacją od Autorki – Marioli Sternahl.  Ta lektura wzbudził we mnie tak ogromne zdziwienie ilością podobieństw między mną, główną bohaterką, że potrzebowałam wiele czasu, by móc o tym napisać.

 

Ocean uczuć. Ocean podobieństw, skojarzeń, wspomnień. Ocean myśli. Najważniejsza z nich – to ta, z jak wielką odpowiedzialnością wiąże się bycie CZYIMŚ RODZICEM. Jest nim zostać łatwo, a tak wiele osób nie jest na to gotowych, gdyż zamiast przygotowania niosą z sobą swoje własne, jak i te rozległe, pokoleniowe traumy. To, w jaki sposób byliśmy wychowywani, podąża za nami jak cień, nie uciekniemy od tego nigdy.  Możemy przed nim uciekać, ale możemy też się zatrzymać i spojrzeć mu prosto w oczy. Tak jak bohaterka “oceanu uczuć” – Anna.

 

  • “…ogromny deficyt miłości Anny, w połączeniu z dorastaniem w domu, w którym kompletnie brakowało wsparcia(…),powodowały zmiany w jej psychice, mające poważne konsekwencje w dorosłym życiu. (…) Max chciał się kumplować, pójść do kina, (…) chodzić na imprezy, słuchać AC/DC wymieniać poglądy, grać w piłkę nożną (…) Ona chciała go mieć tylko dla siebie  była zazdrosna o wszystko i wszystkich”.

Na mojej psychice brak akceptacji, zrozumienia, poczucia bezpieczeństwa odcisnął się tym samym piętnem. Nie umiałam żyć z ludźmi. Nie rozumiałam i bałam się ich. Kiedy z bezmiaru ludzkiego chaosu wyłaniał się jakiś przybysz, próbowałam go zaborczo usidlić, zupełnie nie mając o tym pojęcia. Nie wiedziałam jak powinno się budować zdrowe relacje, nie miałam przykładu.

 

  • “Anną i jej życiem rządził strach, dosłownie przed wszystkim i przed wszystkimi. (…) Nie opuszczał jej ani na chwilę”.

Zabrzmiało nazbyt znajomo, na akapicie zaznaczyłam 😮 i wykrzyknik. Nie wiedziałam, jak to jest się nie bać. To uczucie było zupełnie obce. Jak umieć się nie bać, gdy zgrzyt klucza w zamku jest równoznaczny z nadchodzącym wrzaskiem? Mój ojciec przekraczał próg i zaczynały się awantury. Grożenie śmiercią, terror, przemoc. To była codzienność, która odcisnęła głębokie piętno.

 

  • “Ania pragnęła rodziny niczym powietrza” (…) “Relacje matka -dziecko. (…) To zawsze funkcjonuje, ale ludzie często tego nie rozróżniają. (…) Od pewnego momentu musimy przestać nakazywać i zakazywać musimy być jedynie ich niemym drogowskazem. Kimś, kto zawsze wysłucha, kimś kto zawsze jest (…).”

Czy to dlatego, że Anna sama nie zaznała takiej rodzicielski bliskości, przyjaźni i zaufania, tym bardziej pragnęła i tym bardziej umiała dawać to swoim dzieciom? Z całą pewnością, gdyż wiedziała, jak bardzo dziecko czuje brak takiej bliskości, i pragnęła by jej dzieci nigdy tego nie zaznały. To kolejne podobieństwo ze mną, pragnienie szczęśliwej, wspierającej się rodziny.

Nieraz moje koleżanki za czyjąś namową rozdzielały kary, zakazy, który miały dobrze wpłynąć na zachowanie dzieci. Mówiłam wtedy, że to tak nie działa. Można kogoś zmusić do zmiany zachowania, ale nie do zmiany widzenia problemu, ani do moralności.

Tak jak Anna od początku starałam się być przyjacielem, przywódcą stada, a nie sędzią.

 

  • “(…) wnusia wstydziła się przed wszystkimi za swój wygląd starej dewotki. Kiedy jej rówieśnicy biegali w dżinsach i podkoszulkach, ona nosiła granatowe spodnie z kantem, na dodatek często przykrótkie. (…) Na zimę koniecznie kożuszek i czapeczka z futerkiem. To tak, aby koleżanki już naprawdę pękały ze śmiechu.”

To mogłoby się wydawać takie błahe i nieważne. Ale nie wtedy, gdy ma się 11, 12, 13 lat. Rozumiem Annę, bo ja też czułam się jak dziwadło. Moje włosy zawsze były krzywo przycięte i brudne (przecież włosów nie powinno się myć częściej niż raz w tygodniu. A jeśli przetłuszczają się tak, że po jednym dniu są zlepione w śliskie, lepkie stroki, to trzeba udawać, że się tego nie widzi), moje rajstopy nigdy nie były prane, fryzura – wysoko upięte kucyki z gumkami dla przedszkolanki. Jakieś falbaniaste spódnice, a w zimie wielki, damskie kurtki w stylu dojrzałych kobiet.

Dołóżmy do tego biust, który się pojawił dopiero w wieku 12 lat, gdy moje koleżanki nosiły już miseczkę D. Nienawidziłam mojego ciała, i wszystkiego związanego z cielesnością. Miałam ku temu inne, niż Anna powody, jednak rozumiem dobrze, że jak samotna czuję się nastolatka, która czuje się inna i jest traktowana przez koleżanki jakby była inna.

 

  • Całości dopełniało nieustanne poczucie winy. Bo przecież moja mama tak się starała, żebym pięknie wyglądała w tych dziecinnych, przedszkolankowych sukienkach i kucykach. nie potrafiłabym jej powiedzieć, że źle się w nich czuję, nie potrafiłabym jej zranić. Wolałam znosić złośliwe uśmiechy i komentarze.

Z bohaterką “Oceanu uczuć” było tak podobnie: “Gówniarz niczego docenić nie umie, a człowiek tak się stara, tak się poświęca!

Słowa tego rodzaju Anna słyszeć będzie na każdym kroku (…) Spowodują, że Annie już od dziecka towarzyszyć będzie poczucie winy”.

Słyszałam od mojego ojca wiele podobnych słów. A coś podobnego jak u Anny, w jakimś stopniu zostało mi do dzisiaj. Ten strach, by kogoś nie zranić. Nieumiejętność odmówienia, gdy starszy sąsiad łąpie złapie mnie za pierś, czy za pośladek. Żeby mu nie zrobić przykrości. Strach przed odrzucenie. Przed atakiem. Przed byciem złą.

Mogłabym wymieniać podobieństwa między mną i Anną jeszcze długo. Nieumiejętność wzięcia w swoje ręce swojego życia przez jej matkę, nieumiejętność rozmawiania z córką, nieznajomość własnych emocji, źródła jej problemów w relacjach z własnymi rodzicami, chęć odczarowania dawnej siebie poprzez romans Anny z chłopakiem z przeszłości, cień przeszłości padający na relacje Anny z mężem, jej ogromne pragnienie miłości i wpadnięcie w toksyczny związek w młodym wieku. Ja nie zaszłam wtedy w ciążę, a przecież niewiele brakowało.

Kolejne podobieństwo to wiara. Kościół zranił mnie, bo okazał się być niewierny. Zdradził mnie, oszukał i wykorzystał. Ale moja wiara to część mojego życia, i tak samo jak Anna bez niej nie dałabym rady.

Nie lubię gdy ktoś wyśmiewa czyjąś wiarę, jeśli jej założenia są oparte na miłości bliźniego – prawdziwej, bezinteresownej. Nie lubię nazywania Kościoła instytucją pełna zła. Owszem, ludzie Kościoła mają wiele złą na sumieniu. Jak ludzie należący do wszelkich ruchów, ideologii, a także, ci, którzy z żadnymi się nie identyfikują.

Ci, którzy najgłośniej krzyczą, wyzywają niewinnych księży, wyśmiewają religie – w imie obrony skrzywdzonych – nie przejmują się wcale, tym ze ranią uczucia i krzywdzą wielu starszych, ludzi i wszystkich dla których ta religia jest jedyna ostoją.

Też taka kiedyś byłam, też nienawidziłam Kościoła, gdyż głęboko mnie zranił.

Dziś widzę, że to, że mnie ktoś zranił nie daje mi prawa do ranienia innych. Tym bardziej, nie chcę tego robić, bo z perspektywy czasu, nie chcę by ktoś czuł się tak jak ja wtedy.

To jeszcze jedno podobieństwo do Anny. Z naszych doznanych w dzieciństwie zranień wyniosłyśmy wiedzę o uczuciach osoby skrzywdzonej, nie warto tego nieść dalej.

Ach, no i w końcu w wieku 30-paru lat nauczyłam się wreszcie pływać! Nie jest to pływanie dobre, ale utrzymuje się na wodzie, umiem nurkować, a co najważniejsze po długich ćwiczeniach w wodzie opuścił mnie strach.

Polecam gorąco lekturę “Oceanu uczuć”, ta książka pokazuje, ze nie możemy odrzucić przeszłości, ale gdy jej nie wypieramy, możemy zrozumieć samych siebie. I uwierzyć, ze nauczymy się pływać 🙂